Szczęście to jedyna rzecz, która się mnoży, gdy się ją dzieli

Pobudka 6 rano. Mysl – masz 30 lat. Telefon – 0 wiadomosci, 0 nieodebranych polaczen, nikt Cie nie kocha. Coz… i tak nie jest mi do smiechu… Zakladam swoj niedoprany uniform i jade do szkoly w drodze dzwoni Wiktor i jak zwykle w dobrym humorze krzyczy do sluchawki Stoooooo Lat mhmmm jednak pamieta 🙂

W szkole o dziwo pamietaja o mnie wszyscy…. nawet Ci ktorych imienia ja nie pamietam, przytulaja mnie i zycza wszystkiego najlepszego. Na koniec zajec szef Mark nie kaze mi sprzatac  tylko wysyla prosto do domu sciskajac w biegu i zyczac dalszych osiagniec. Coraz bardziej lubie urodziny. Chwytam za telefon 89 wiadomosci i 14 nieodebranych polaczen. Polska sie obudzila…w drodze do domu oddzwaniam do kazdego po kolei…Mama, tata, siostra… Kazdy pyta co dzisiaj robie, rzecz w tym, ze nie mam pojecia, bo od ostatnich 4 lat kazde moje urodziny to niespodzianka. Tym razem nie spodziewam sie niczego wielkiego, z pewnoscia nie dzisiaj. Wiekszosc moich znajomych ugrzezla w pracy , albo uczy sie do egzaminow. Dzwonie do znajomych probujac wyweszyc czy jednak cos sie kroi… Nic z tego.  Dzwonie do Wiktora jeszcze raz i upewniam sie czy mowil serio. Brzmi serio, ostatnia nadzieja umarla. Dojezdzam do domu, na lozku kwiaty… Postanawiam zignorowac kategoryczny zakaz strojenia sie i ubieram na siebie moja jedyna balowa suknie, szoruje paznokcie ( caly dzien gotowalam ), maluje usta i czekam na Wiktora.  Zignorowane przeze mnie wskazowki wcale go nie dziwia i z sarkastycznym usmiechem kaze mi wsiasc do auta wreczajac butelke wina. Po drodze zahaczamy o sushi, gdzie pochlaniam sama polowe butelki. Jedziemy….nie wiem gdzie, bo jest ciemno. Mija godzina, druga…zaczynam robic sie coraz bardziej pijana i coraz bardziej pewna tego, ze imprezy nie bedzie. Po drodze dzwoni do mnie jeszcze kilka osob i zyczy szczesliwych urodzin.  Przekonuje sie w glowie, ze 30stka we dwoje tez moze byc fajna…

Dojezdzamy…w powietrzu czuje znajomy zapach natury i odosobnienia w sercu robi sie cieplo, przed nami cudowny obraz domku otoczonego zielona farma. Nad nami milion gwiazd. Moja glowa zostaje natychmiastowo przekonana. Zapominam o city i o znajomych. Skacze z radosci bo jestesmy w moim ukochanym Hunter Valley. Zaglebiu winnic, przepieknych widokow i nieskonczonego spokoju. Jestem wdzieczna, ze moge moj urodzinowy weekend dzielic tylko z Wiktorem !

Wchodzimy do domku…ciemno. Po omacku szukam swiatla…. Stooooooooo Laaaaaaaaaat krzycza i zapalaja swiatlo moi najblizsi ! Nie wiem jak to mozliwe, ze wszystkim udalo mi sie mnie zmylic. Wiktorowi 3 razy. Nie wiem czy sie ciesze, ze ich widze, przed chwila bylam na nich wkurzona…Niech bedzie, jestem szczesliwa :). Jest piatek godz 23 a przed nadmi 3 dni moich urodzin w domku na pustkowiu z krowami w zagrodzie i stolem do beer ponga w garazu.

Dziekuje Gosia za cudowny tort, ktory PRZYZEKAM byl przepyszny. Sanczo, za Twoje poswiecenie i spedzenie calego dnia na rowerze. Owen, ze postawiles mnie ponad weekendowy serwis i powiedziales, ze jak Ci nie dadza wolnego to sie zwolnisz. Musial, ze nie pozwoliles Wiktorowi spasc z dachu. Vero za Twoj meksykanski entuzjazm. Marcin, za kawe i obecnosc…wiem, ze bylo ciezko 🙂 Wiktor, za zorganizowanie wszystkiego i to, ze znasz mnie bardziej niz ja siebie sama.

Przyjechali wszyscy, na ktorych mi zalezy.  Spedzili ze mna moj czas. Z bagaznikiem pelnym jedzenia, corony i gier. Byl tort, byl beer pong, byla, byly rowery, bylo jaccuzi i jeszcze wiecej tortu. Byly wschody i zachody. Byla herbata o 3 nad ranem jak skonczylo sie wino i corona. Byly wspaniale 3 dni, bo byliscie Wy….i moje ukochane Huntery Valley. Dziekuje.

Everyone wants happiness, no one wants pain. But you can’t make a rainbow without little rain

Jeśli jest ktoś, kto jeszcze mnie czyta ( nie licząc mojej rodziny ), to należą Wam sie przeprosiny. Nie było łatwo u mnie ostatnio. Było ciężko, płaczliwie, nudno i pracowicie.

Czytaj dalej Everyone wants happiness, no one wants pain. But you can’t make a rainbow without little rain

być kobietą…

Od tygodni cierpię na chroniczny brak weny. Nie to, że nic się nie dzieje. Dzieje i to sporo. Zmieniłam pracę, wróciłam na siłownie, kupilismy bilety do Polski, pojechaliśmy na długi weekendowy wyjazd za Sydney, zdałam ogromnie ciężki egzamin i oficjalnie jestem dyplomowanym kucharzem, dostałam się do szkoły moich marzeń…ale… no właśnie, ale nie chcę mi się o tym pisać.

Nie wiem, czy ostatnie miesiące bardzo ciężkiej pracy dały mi tak w kość, że od kilku tygodni jedyne co potrafię robić to liczyć dni, które dzielą mnie do wakacji i narzekać. Szczególnie na siebie. I o narzekaniu na siebie chciałabym właśnie dzisiaj napisać. A właściwie o byciu kobietą.

Wielu  moim bliskim wydaje się, że żyje jak w bajce. Plaża pod nosem, czas na wszystko, słonce cały rok, odhaczanie z listy marzeń zrealizowanych.

Wszystko to jest częścią mojego życia, za co jestem wdzięczna. Niestety jestem też zwyczajną kobieta. Kobietą, która zmaga się problemami wszystkich tych, które za chwile dopadnie trzydziestka. ( Nie wiedziałam jak to śmiesznie brzmi dopóki tego nie napisałam ). Którą nagle zaczęło dziwić, że jedząc tak jak jadła zawsze, dziwnie zaczęła tyć. Po prostu kobietą.

Z uporem maniaka śledzę australijskie nowości w suplementacji i żywieniu z nadzieją, że zatrzymają czas i będę żyła 150 lat w takiej samej formie, eksperymentuję je na sobie. Codziennie sprawdzam twarz czy nie pojawiły się nowe zmarszczki od słońca.

Myślałam, że to tylko ja, ale zaczęłam o tym głośno rozmawiać i okazało się, że moje problemy to kropla w morzu moich wszystkich koleżanek. Cellulity, skacząca waga, łaknienie na słodycze, wyrzuty sumienia, dlaczego nie możemy zatrzymać czasu i mieć 20 lat i wciąż jeść wszystko i wyglądać pięknie jak dotychczas? Dlaczego musimy zastanawiać się nad każdym posiłkiem i sprawdzać czy lód snickers już nam się odłożył na biodrach? Dlaczego nagle woda odkładająca się przed okresem robi taką różnice?

Ostatnio popłakałam się u Wiktora na siłowni, bo od 4 tygodni ćwiczeń, wrzuciłam plus dwa kg! Moja skóra nad kolanami zaczęła się dziwnie marszczyć a jak skacze na skakance siła grawitacji ciągnie moje uda do dołu. I nie pomagają tłumaczenia rzeczy, które tak dobrze znam i rozumiem, że nie waga ale miarka. Nie znoszę tego uczucia, że staram się coraz bardziej a moje ciało słucha coraz mniej. Jakby żyło swoim własnym życiem. Mówię, weź się stary w garść, daję Ci zdrowe jedzonko, zabieram na siłownie, pielęgnuję kremuję, odwdzięcz się. A ono nic. Jak grochem o ścianę.

Czekam tylko na pierwsze ” wyglądasz super, jak na swój wiek „. l zdaję sobie sprawę, że wygląd to nie wszystko i „starzeć należy się z godnością”, ale co jeśli jednym to wychodzi gorzej i po prostu źle się czują z nadprogramowymi kilogramami i extra zmarszczkami? Co jeśli nie są na to jeszcze gotowi ?

Wiktor tłumaczy, wyglądasz pięknie. Ale ja tego piękna znowu nie widzę. Widzę opuchnięte oczy jak się nie wyśpię, szarą twarz jak za dużo pracuję, wystajacy brzuch jak tylko w weekend wrzucę na luz. A w poniedziałek przychodzi siłownia, waga, lustro i lament. Wszystko spada na barki biednego Wiktora. Bo przecież ja robię wszystko prawidłowo, to on nie trenuje mnie tak jak trzeba. Musimy zmienić program, to ćwiczenie jest złe, rosną mi uda, nie rosną mi barki. I znowu wyrzuty sumienia. Wyładowałam się na biedaku.

…Ide po snickersa.

 

img_3305

 

Jaglana tarta ze szpinakiem, kozim serem i suszonymi pomidorami

Od kilku dni mam ochotę na tartę, a że od kilku tygodni znowu wróciłam do zdrowego jedzenia postanowiłam zrobić to na zdrowy sposób z użyciem najlepszej  na świecie kaszy jaglanej.

Wrzuciłam w google tarta jaglana i wyskoczyło mi jak kot napłakał kilka przepisów – 4 może 5 i wszystkie z ugotowaną kaszą jaglaną?? Może o pieczeniu nie wiem za dużo, ale znam jedną główną zasadę pieczenia tart – ciasto powinno być zimne a nie ugotowane ! 🙂

Postanowiłam zaryzykować i zrobić to na własną rękę… I co tu dużo mówić, wyszło tak jak wyjść powinno 🙂

Przedstawiam Wam przepis na mega pyszną i mega zdrową tartę na jaglanym spodzie.

 

Przepis na ciasto:

1 szklanka suchej kaszy jaglanej

1/2 szklanki maki razowej

6 łyzek zimnego oleju kokosowego  ( badź masła)

4 łyżki lodowatej wody

1 łyżeczka soli himalajskiej

 

Kasze jaglaną mielimy w młynku do kawy, mieszamy ze zwykła mąką, solą oraz maslem/olejem kokosowym. Szybko miksujemy na gładką masę, dodajemy 4 łyżki lodowatej wody, miksujemy kilka sekund , formujemy kule, zawijamy w folie i odkładamy do lodówki na minimum 1h. Ważne aby zrobić to błyskawicznie, nie możemy dopuścić do

 

Przepis na farsz:

250g szpinaku ( ja użyłam swieżego)

1 cebula

1 ząbek czosnku

3 jajka

1/2 szklanki wymieszanej śmiatanki i śmietany

120g sera koziego

garść suszonych pomidorów

Sól, pieprz, oregano, gałka muszkatołowa, płatki chilli

 

Na oliwie z oliwek szklimy cebule i czosnek. Dodajemy szpinak i czekamy aż zwiędnie ( ok 4 minut). W międzyczasie roztrzepujemy jajka ze śmietaną i przyprawami. Szpinak odciskamy z wody i dodajemy do masy jajecznej razem z pomidorami i serem.

W międzyczasie wykładamy naczynie ciastem. Nakłuwamy spód widelcem i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 220 stopni na 15 min. Jak ciasto będzie pięknie złote, wyciągamy, wystudzamy delikatnie i wlewamy nadzienie. Zmniejszamy temperature do 180 stopni i pieczemy jeszcze przez ok 40 min.

 

TIP: Ciasto będzie bardzo kruche. Jeśli nie chcecie aby się tak mocno sypało, możecie dodać zwykłej białej mąki.

pesto-quiche-with-sundried-tomatoes-and-parmesan-beautiful-and-healthy-too

 

Hell’s kitchen

Pamiętacie scenę z filmu „Burned”, gdzie Bradley Cooper każe przepraszać jednemu ze swoich szefów rybę, która jego zdaniem nie została przyrządzona poprawnie ? Niestety na własnej skórze przekonałam się, że sceny z filmu nie są fikcją tylko codziennością pracy kucharzy, którym przyszło współpracować z bardziej doświadczonymi „dupkami”.

Dzisiaj sous chef Mark podczas sprawdzania jak poszło mi oprawianie pork belly rozkazał abym przeprosiła prosiaczka.  Za to, że pozostawiłam za dużo mięsa na żebrach. Za to, że go nie szanuje. Za to, bo on ma taki kaprys, zły dzień, bo pokłócił się z żona, nie zjadł śniadania, autobus mu uciekł, bo jest sous chefem i może.

– ” Say sorry to the pig !” Spojrzałam na niego z nienawiścią i wykrztusiłam, nie ! Obróciłam się na pięcie i wyszłam z kuchni. Takie sytuacje, ośmieszanie, upokarzanie kucharzy zdarzają się niestety w kuchni niezwykle często, a mi można powiedzieć na codzień, bo nie mam pokory, którą powinnam  mieć. Pierwsze ataki ze strony sous chefa Marka kończyły się atakami histerii. Jak miałam lepszy dzień i nie byłam aż taka zmęczona kończyło się tylko na 12 stu godzinach pracy ze  łzami w oczach i skurczonym żołądkiem. Teraz mimo, że wiem, że powinnam zamknąć buzie i słuchać rozkazów, co oszczędziłoby mi wielu przykrych sytuacji i zostawania po godzinach i tak się buntuję.

W ostatnią środę przygotowywałam bardzo skomplikowany przepis na ” Butter the Paris”. Head chef poprosił abym „zeszkliła cebulę” i przygotowała wskazane przez niego składniki. Kończyłam gdy pojawił się Mark i władczym tonem spytał, czy wszystko zrobione. Powiedziałam, że zrobiłam tylko tyle o ile poprosił mnie head chef. Moja odpowiedź jak zwykle mu się nie spodobała, wiec rozkazał, bym zrobiła wszystko przed pójciem na przerwe. Bylam po 7h pracy, powinnam isc na 2h przerwe i wrócić na kolejne 7 a on każe mi zostać. Do tego przyszedł z moją cebulą i powiedział, że powinna być skarmelizowana a nie zeszklona. Powiedziałam tylko „yes chef”, bo nie miałam energii na dalsze dyskusje, do tego zegar tykał a przerwa mi się skracała.  Rzuciłam ze złością 3 kg zeszklonej cebuli, którą siekałam przez ostatnią 1h  na ogień i zajęłam się mozolnym odmierzaniem reszty składników. Gdy po kilku minutach przypomniałam sobie o cebuli ok 15 % było już ostro zarumienione…Mówiąc  zarumienione, mam na myśli nie wpisujące się w standardy Marka. Podszedł i z satysfakcją na twarzy rzucił  ” od nowa „.  Że co ????!!!!! Ok zarumieniła się może trochę za bardzo, ale można chyba wyrzucić to 15% i dokroić resztę? Nie, nie można. Spojrzałam na Andiego, który już trzymał wiadro cebul w rece i deskę do krojenia w drugiej. Andy to mój najlepszy ziomek, bardzo doświadczony kucharz z Indonezji, najbardziej opanowana, pracowita i dobra osoba jaką znam.

– Andy, to że ja spieprzyłam cebule i Mark jest dupkiem nie znaczy, żebyśmy obydwoje nie szli na przerwę, nie musisz mi pomagać!

– Wszystko w porządku,  rzucił jak zwykle Andy i zabrał się za krojenie

Wiedział, że nie ma co dyskutować i trzeba wziąć się do pracy. Swoją drogą, gdyby nie Andy to często musiałabym nocować w pracy, bo pomagał mi we wszystkim.

Moja przerwa skróciła się do zera, tak jak Andiego i rozpoczeliśmy kolejną siódemkę.

Nie jestem pewna, czy prawdziwi kucharze nie są kompletnymi świrami. Po rozmowach z innymi chefami, wiem, że to co się dzieje u nas za zamkniętymi drzwiami jest raczej normą. Czy miłość do tego zawodu jest tak wielka, że można znosić obelgi, terroryzm i totalny reżim? A może marzenia o byciu wielkim szefem kuchni albo posiadaniu własnej restauracji znieczulają ból ? Nie wiem… powiem Wam  za jakiś czas.

 

IMG_5500

Cała ekipa po sobotnim serwisie ( bez Marka ) 🙂 Andy na pierwszym planie.

O naturze słów kilka

Wiecie co mi się w Australii podoba najbardziej? Natura. I nie mam tu na myśli tylko przyrody…która swoją drogą powala na kolana w każdym miejscu w którym akurat planuje się zatrzymać. Chodzi mi o naturę w każdym tego słowa znaczeniu. O ludzi, ich zachowanie, wygląd, jedzenie, sposób imprezowania, spędzania wolnego czasu… Wszystko co mnie tutaj otacza jest naturalne, bezpretensjonalne…

Nigdy nie należałam do dziewczyn, które nie wyjdą z domu bez makijażu. Jednak niektóre miejsca takie jak praca, wyjście na imprezę, restauracji tego w Polsce wymaga. Nie chodzi, że ktoś nam to narzuca, chodzi bardziej o to, że wszyscy to robią, więc i ja to robię- nie chcę przecież wyglądać na tle innych jak zabiedzony, zaniedbany kundel, prawda? W Australii jest na odwrót ! Moje nogi nie widziały się ze szpilkami dobre 3 lata ! Makijaż? Co najwyżej rzęsy raz na miesiąc przy szczególnym wyjściu a i tak wtedy spotykam się z dziwnym spojrzeniem Wiktora pt ” gdzie się tak wyszykowałaś?!”. Australijki nie lubią makijażu, ich opalone twarze tego nie wymagają…Włosy? Z reguły długie, nierówno obcięte zaniedbane fale, czasami niedbale związane w kucyk. Styl? Wąskie wypłowiałe rurki, za duże swetry i kapelusze. W lecie zwiewne sukienki, bądź plażowe kombinezony i znowu kapelusze. Wszystko jest naturalnie dziewczęce, za duże, zwiewne, delikatne….bezpretensjonalne. W klubie nie spotkasz dziewczyn w mini, 12 cm szpilkach i teatralnym makijażu. Spotkasz dziewczyny, które w naszym mniemaniu mogłyby co najwyżej iść rano po bułki. W luźnym t-sharcie spodniach i trampkach. Taki jest tutaj styl.  Wczoraj wracaliśmy z naszego 3-dniowego tripu camperem. Jak możecie sobie wyobrazić o kąpieli nie było mowy. 3 dniowy dres, 3 dniowe-włosy. Wjeżdżając do Sydney złapał nas niesamowity głód i niewyobrażalna ochota na sushi. Początkowo mieliśmy wykąpać się, przebrać i iść na kolację, ale apetyt zwyciężył i poszliśmy zjeść tak jak staliśmy. Włosy spięłam w kok, ubrałam czysty dres, umyłam się nawilżoną chusteczką i byłam gotowa na elegancką kolację ! 🙂 Nie czułam się źle ani przez moment ! W pewnym momencie Wiktor poklepał mnie po ramieniu i powiedział, żebym rozejrzała się dookoła i znalazła chociaż jedną dziewczynę w makijażu…! Zero ! Niedziela wieczór, elegancka restauracja sushi i wszystkie kobiety miały na sobie jedynie krem! I uwierzcie mi żadna z nich nie wyglądała na chorą, zmęczoną czy starą. Wszystkie były promienne ( nawet mimo braku słońca i obecnej zimy ). Ich twarze były młode i zadbane takie jak powinny być.

Jeśli więc polki należą do jednych z najpiękniejszych kobiet świata po co maltretują swoje twarze tą kolorową chemią? Nie ważne czy chodzi o przyzwyczajenie, konkurencje, nawyk zaufajcie mi – nie potrzebujecie tego ! Odłóżcie te smarowidła na bok chociaż na tydzień a zobaczycie, że z Wasza buzią nie jest wcale tak źle… A jeśli zdecydujecie się na ten eksperyment na dłużej, już teraz mogę Wam powiedzieć, że odwdzięczy się ona witalnością, młodością i  promiennym blaskiem przez wiele lat.

K.

IMG_5471

 

” Ale po co….”

Życie kucharza to nie bułka z masłem. Mówię Wam… Czasami w sobotni wieczór, kiedy cała w pocie, z kołotającym sercem, adrenaliną, po 12h na nogach słysze….„Keish how long for your medium rare  steak !?!?!” Widząc  dziesiątki powiewających od wiatraka białych karteczek z zamówieniami wpadam w panikę…jaki do cholery steak??!!

 „Keish stay focus” ! Myślę sobie „ale po co?”

No właśnie po co ? Mogłabym spokojnie usiąść za biurkiem i robić swoje 8 godzin od poniedziałku do piątku nie martwiąc się o brak weekendów, brak urlopów i 15h podwójne zmiany. Tylko o to chodzi, że po sobotnim serwisie, kiedy machina się uspakaja, caly serwis przebiegł pomyślnie i możemy w końcu napić się wina czuję się najbardziej spełnionym człowiekiem na świecie.IMG_5339


Moich chefów ( Head chefa i sous Chefa – zastępca głowy kuchni ) mimo, że momentami nienawidzę z całego serca, szanuję za magię, którą robią. Obserwowanie jak dania, które robiłam całe życie, można zrobić w zupełnie inny sposób by zachować 100% aromatu sa dla mnie jak magia. Poruszający się po kuchni wielcy wytatułowani kolesie z garnuszkami są dla mnie jak miagia. Pracowanie w profesjonalnej kuchni jest jak rollercoster. I energia, adrenalina, radość która dostajesz jest nie do opisania!

IMG_5333

No dobrze, ale czy warto? Czy to jest życie, które wybieram dla siebie ? Mija rok od kiedy zaczęłam swoją zabawę w kucharza i jeszcze nie potrafię sobie odpowiedzieć na to pytanie. Czuję że wszystko się zmieniło, ja się zmieniłam. Wiele się nauczyłam…i nie chodzi tu tylko o kucharskie skillsy. Kiedy napisałam wiadomość do swojego kolegi kucharza, prawej ręki Modesto Amaro, którego poznałam na stażu w Brazylii: ” Ci wredni kucharze mną pomiatają, traktują czasem jak przygłupa…moja duma się gotuje!!!!!” Odpowiedział: ” Spokojnie, w końcu przestaną, ale póki jeszcze nie jesteś wielkim szefem kuchni, trzymaj swoje ego na wodzy 😉

FullSizeRenderOdbieram to jako lekcję… lekcję pokory, wytrwałości, cierpliwości, lekcję życia z dużym profitem lekcji gotowania. Czy to zawód dla kobiety? Tak, ale musi się ona przygotować na starcie z szeregiem mężczyzn, którym to, że tam jesteś nie jest na ręke. Kuchnia to swiat mężczyzn i dadzą Ci o nim o tym znac…prędzej czy później. To czy wytrwasz zależy od Ciebie…i od tego jak bardzo kochasz to co robisz.

K.

 

Słów kilka o Coronie :)

Od początku roku mam przyjemność współpracować z Corona – znaną marką meksykańskiego piwa. Corona to jedno z nielicznych piw, które naprawdę lubię. Dlaczego? Może dlatego, że jej smak w połączeniu z orzeźwiającą limonką zawsze kojarzył mi się z wakacjami ? Nie bez powodu marka ta promowana jest przez blogerów żyjących w pięknych miejscach, blisko oceanu, gdzie wakacje mogą trwać nawet cały rok. Jestem zaszczycona tym wyróżnieniem.

Postanowiłam przyjrzeć się bliżej temu złotemu trunkowi i oto ciekawostki jakie odkryłam… 🙂

13112662_1733189393561370_248117511_o-1
Fakt #1

Niegdyś twierdzono, że sok z cytryny czy limetki zabija bakterie, które mogą wywoływać u „gringos” na przykład zatrucia pokarmowe. Bakterie mogły osadzać się na szyjce butelki, czy też bezpośrednio pod kapslem. Sok z cytrusów miał „odkażać” napój.

12675200_1700846806795629_592431713_o

Fakt #2

Istnieje  teoria mówiąca o tym, że limonką wycierało się miejsce pod kapslem. Niegdyś kapsle pozostawiać mogły ślady rdzy na szyjce, więc ścierało się je w ten sposób. Dlaczego limonką? Może dlatego, że w Meksyku – gdzie Corona jest warzona – te owoce są niezwykle tanie?

Beach-Bar

Fakt #3

Barmani ponoć kładli cząstki cytryny na szyjce, aby odpędzić muchy, które chciały dostać się do piwa. Czy też usiąść na szyjce. Ta teoria wydaje się ciekawa. Pytanie brzmi jednak: czy tylko na Coronie kładło się cytrusy? Co z innymi butelkowanymi piwami?

12699036_1700846790128964_1477638874_o

Fakt #4

Piwo ma dość specyficzny smak, do jego produkcji oprócz chmielu stosuje się również kukurydzę i ryż.

468_v2_corona-extrapng

Fakt #5

Jak każde piwo, najlepiej smakuje z przyjaciółmi…:)

12722552_1700847020128941_1057864481_o

12695570_1700847230128920_960945865_o

„Za zamkniętymi drzwiami” historia dziewczynki, która postanowiła zostać kucharzem

Wybaczcie, że ostatnio na moim blogu, króluje praca, ale nauczyłam się, że w życiu kucharza nie ma za dużo czasu na inne rozrywki. Na szczęście, jest to praca tak ciekawa, że dostarcza rozrywek  każdego dnia, a każdy serwis jest dla mnie równie emocjonujący co zawody sportowe.

Od kilku tygodni pracuję w nowym miejscu. Jest to nowo otwarta bardzo elegancka restauracja serwująca dania francusko-włoskie z dużym nastawieniem na owoce morza. Nawet sobie nie wyobrażacie ile emocji mną targało nim zdecydowałam się podjąć tę pozycje. Po pierwsze, jak już wiecie, nie miałam praktycznie żadnego doświadczenia. Kilka miesięcy temu uczyłam się kroić marchewki z youtubem a teraz miałam zacząć pracować w profesjonalnej kuchni u boku doświadczonych kucharzy z wielką gwiazdą Australijskiej kuchni, czyli moich chefem Jasonem Robertsonem. Każda osoba z którą rozmawiałam naciskała „ idź i spróbuj, zawsze możesz się zwolnić”, jedynie moja kochana mama mówiła „słuchaj serca, jeśli czujesz, że Cię to przerasta to znajdź coś innego”.  Przerastało mnie, jak nic nigdy innego.

IMG_4958

Poszłam na dzień próbny. Z jednej strony wszystkie rzeczy od początku mnie zafascynowały, z drugiej starałam się ukryć swój entuzjazm, ab ynie pokazać, jak bardzo jestem niedoświadczona.

Pierwsze co wzbudziło moje zainteresowanie były szafki, które podgrzewały talerze. Trzeba było uważać, żeby się nie poparzyć. Druga, dostałam listę rzeczy do przygotowania wraz z przepisami. Zaczęłam pracować nad swoimi daniami, kiedy przyszedł chef i powiedział, że od siekania, krojenia, obierania mam kitchan hand’a ( pomoc kuchenna ). Świetnie – to kiedy niby mam się nauczyć kroić ?!  Było mi głupio, prosić tego najbardziej zapracowanego chłopaka w kuchni o pomoc.  Trzecie, możesz być ładną kobietą w kuchni, ale dla innych kucharzy jesteś po prostu kucharzem. Sama musze szorować swoje stanowisko, dźwigać wielkie kotły z wodą, albo wspinać się po szafkach aby sięgnąć miskę. Nikt nie ma czasu aby wspomagać Twoje słabości. Poparzenia, otarcia, siniaki, zadrapania, przecięcia…. już nawet o nich nie myślę. Jesteś kobietą, ale w kuchni jesteś kucharzem.

IMG_4957

FullSizeRender

Kuchnia podzielona jest na 6 sekcji.

-grill section (sekcja grilla)

-pan section (sekcja dań z patelni )

-larder section (sekcja dań na zimno – głównie przystawki, sałatki )

-fried section ( sekcja dań smażonych )

-pastry section ( sekcja deserów )

-kitchan hand section ( pomoc kuchenna )

Każda sekcja posiada oddzielne stanowiska z ladą na które wykłada się przygotowane przez siebie dania. Sekcja grilla i dań z patelni ma podgrzewaną ladę, aby dania serwowane na gorących talerzach jak najdłużej trzymały ciepło ( Kelnerzy do noszenia dań używają specjalnych białych serwetek chroniących ich dłonie ). Każda sekcja posiada chefa plus jego pomocnika. Nawet pomoc kuchenna ma swojego pomocnika w weekendy. Dodatkowo mamy co tydzień nowych stażystów, którzy również pomagają przy krojeniu, obieraniu, siekaniu.

Na samym środku restauracji stoi Head Chef ( główny chef), który krzyczy jakie dania wychodzą. Chefowie poszczególnych sekcji muszą wyłapać błyskawicznie swoje danie i krzyknąć YES CHEF, na znak, że usłyszeli i pracują nad swoim daniem.

IMG_4947 Po drugiej stronie lady stoi manager restauracji, który pomaga kelnerom i dba o to, aby wszystkie dania wyszły w tym samym momencie. Rola poszczególnych chefów sekcji polega na tym, aby nie tylko zrobili dania jak najszybciej ( goście nie mogą czekać dłużej niż 30 min na danie główne ), ale również aby były one wyłożone na talerz w równym czasie. I tak na przykład, chef serwujący steaki z grilla, nie może zacząć pracować nad swoim daniem jeśli jego danie wychodzi równo z risotto, które zajmuje dwa razy tyle czasu. Kucharze, muszą porozumiewać się ze sobą i dawać sobie znak, że są gotowi do wydania dań. Problem się zaczyna jak zamówień jest 20-30, wtedy nie tylko trzeba gotować swoje dania, ale również zapamiętywać co się robi i co robią kucharze innych sekcji. Często słyszy się Head Chefa: „Jak długo Twoja cielęcina?”  odpowiedź:  „4 minuty!”  Odpowiedź: ” chce ją w 3 ! „.

W czasie największego ruchu czyli wieczorami i w weekendy zrozumiałam, jak ważną rolę pełnią pomocnicy kuchenni, którzy donoszą gorące talerze, zmieniają nam brudne przyrządy kuchenne typu garnki, szczypce, tacki na czyste i dbają o to by niczego nam nie zabrakło.

Wróćmy jednak do początku. Pierwszego dnia dowiedziałam się, że mam się zajmować sekcją dań zimnych ( przystawki, antipasto ), ucieszyłam się, bowiem wydawało mi się, że jest to najbardziej relaxująca sekcja. Moja radość nie trwała jednak długo. W czasie lunchu, chef główny przyniósł mi swoją książkę kucharską i zapytał czy mogę przygotować steaki dla niego i właściciela restauracji. Nie mogłam powiedzieć nie, ale nie miałam nawet bladego pojęcia jak uruchomić grill. Udało się, na moje jak zwykle szczęście albo (NIE) szczęście wysmażyłam idealnie steaki, zrobiłam sos zgodnie z receptura i zostałam poinformowana, że od dzisiaj zajmuje się sekcją grilla. Nie podobało mi się to. Baaa byłam przerażona, wkurzona i miałam ochotę płakać. Head Chef spokojnie zaczął mi tłumaczyć wszystko, ale go nie słuchałam, miałąm w głowie tylko „ co ja tu robie?!” „jestem jedyną kobietą w kuchni i to jeszcze ja mam przerzucać mięchem?!” Na wszystkie pytania mojego nadzwyczaj spokojnego chefa odpowiadałam, „jeszcze tego nie robiłąm”, „Nie potrafię tego”…Miałam to gdzieś, nie chciałam już oszukiwać, że mam doświadczenie, było to ponad moje siły. Chef ( Będę go od teraz nazywać Jason ),  spojrzał na mnie i powiedział łagodnie „ Kasia, nie musisz tego robić jeśli nie chcesz, wybrałem Ciebie do tej sekcji, bo mam przeczucie, że będziesz tu pasować idealnie, ufam Ci…jeśli jednak nie będzie Ci się podobać, zawsze możesz zrezygnować i wrócisz do sekcji larder”….hmmm gdzieś to już kiedyś słyszałam ?! i wiecie co… spodobało mi się !

FullSizeRender-2 Po kilku dniach w restauracji objęłam jedno z najważniejszych stanowisk a wiara chefa we mnie dodała mi pewności siebie i pozwoliła uwierzyć, że skoro tak doświadczony kucharz nie boi się postawić mnie na tak odpowiedzialnym stanowisku to znaczy, że może faktycznie się do tego nadaje ? To wyróżnienie dało mi ogromnego kopa i postanowiłam, że udowodnię sobie, że dam radę. cdn.

FullSizeRender